|




















|
W 60. rocznicę śmierci ks. Wincentego Danka
1 maja 2005 roku w ogrodzie przy Kościele Polskim na Kőbányi odsłonięto pomnik pierwszego polskiego proboszcza na Węgrzech ks. Wincentego Danka, w 60. rocznicę Jego śmierci. Odsłonięcia popiersia dokonały osoby, które osobiście Go znały: Edyta Glisińska–Molnár, Janusz Kasperek, Julia Koziorowski oraz inicjator założenia społecznego Komitetu Pamięci i Budowy Pomnika, Ernest Niżałowski. Pomnik – dzieło krakowskiego artysty–rzeźbiarza Wiesława Bielaka – poświęcił lwowski biskup pomocniczy ks. Leon Mały. Fundatorami są Polacy żyjący obecnie na Węgrzech, oddający w ten sposób hołd ks. W. Dankowi i upamiętniający wielki wkład tego duszpasterza, który przez blisko 40 lat zespalał tutejszą polską emigrację i w spuściźnie, oprócz wartości duchowych, pozostawił jej jedyny na Węgrzech Polski Kościół i Dom Polski. Materialnego wsparcia dla realizacji przedsięwzięcia udzieliły też instytucje polskie i węgierskie, m.in. polonijne organizacje społeczne jak Polskie Stowarzyszenie Kulturalne im. Józefa Bema, Stowarzyszenie Katolików Polskich na Węgrzech p.w. św. Wojciecha, Fundacja „Pomoc Polakom na Wschodzie", Stowarzyszenie „Wspólnota Polska", Samorząd X dzielnicy Budapesztu, polscy biznesmeni oraz liczne samorządy mniejszości polskiej. W tymże dniu Polskie Stowarzyszenie Kulturalne im. Józefa Bema przekazało Czytelnikom drugi z kolei Zeszyt Historyczny poświęcony właśnie ks. Wincentemu Dankowi.
Ks. Wincenty Danek
Wincenty Danek szedł do kapłaństwa nietypową drogą. Nim zapukał do seminarium w wieku trzydziestu kilku lat, miał za sobą ukończone studia prawnicze na lwowskim uniwersytecie, dobrze zapowiadającą się karierę w sądownictwie i ... wielką tragedię rodzinną. Epidemia zabrała mu żonę i dwóch synów. Oto z jakim bagażem doświadczeń życiowych dopiero co wyświęcony duchowny, ksiądz Danek wyruszył ze Lwowa do Budapesztu. Nad węgierskim Dunajem pozostał do końca swej duszpasterskiej misji, którą powierzył mu lwowski arcybiskup dr Józef Bilczewski. Z dokumentacji archiwalnej wynka, że na Kőbányi, a więc tylko w jednej dzielnicy Pesztu w 1906 roku prawo stałego pobytu posiadało 4,5 tysiąca Polaków. Nasi rodacy pracowali i mieszkali również w innych częściach węgierskiej stolicy. Z biednej Galicji na przełomie XIX i XX stulecia tysiącami ciągnęli na Węgry, znajdując tam pracę i chleb ... Poza dynamicznie rozwijającym się wówczas Budapesztem, Polacy znajdowali zatrudnienie w warsztatach rzemieślniczych, kopalniach węgla i kamieniołomach, w cegielniach oraz magazynach handlowych, budowlanych i przmysłowych, a także w browarach Miskolca, Tatabányi, Taty, Dorogu, Salgótarjánu, Pápy, Várpaloty, Vácu. Ważnym ośrodkiem przemysłowym stała się wtedy Kőbánya, która dopiero w 1897 roku otrzymała status nowej dzielnicy Budapesztu. Wśród polskiej emigracji zarobkowej zdecydowanie przeważali ludzie podejmujący się każdego zajęcia. ...Naszych rodaków, niezależnie od statusu zawodowego i społecznego, poza podtrzymywaniem i kultywowaniem polskości łączyło wyniesione z rodzinnego domu przywiązanie do wiary katolickiej. Idea wzniesienia na Węgrzech polskiej świątyni zrodziła się najpierw u metropolity lwowskiego – arcybiskupa Bilczewskiego, który w 1905 roku z wizytą duszpasterską przebywał wśród naszych robotników na Kőbányi. Trzy lata później, delegowany przez niego do pracy w Budapeszcie ks. Danek, widząc tłum rodaków, gromadzących się na niedzielnych nabożeństwach wokół małej kapliczki przy placu Kápolna, niemal od razu do swych najważniejszych wyzwań zaliczył budowę polskiego kościoła. Wkrótce po swym przyjeździe do węgierskiej stolicy, ks. Danek już w 1908 roku założył Stowarzyszenie Budowy Kościoła. To wielkie szczęście Polonii, że takiego otrzymała kapłana! Młody duszpasterskim stażem, lecz bardzo bogaty życiowym doświadczeniem, kapłan okazał się świetnym organizatorem i niebywale oddanym realizatorem tego trudnego przedsięwzięcia. W 1910 roku idea budowy polskiego kościoła otrzymuje od papieża Piusa X specjalne błogosławieństwo. Ksiądz Danek zdobywa poparcie u takich protektorów, jak kardynał Kolos Vaszáry, Prymas Węgier. W skład Stowarzyszenia Budowy Kościoła wchodzą m.in. István Bárczy, burmistrz Budapesztu, biskup Władysław Bandurski, sufragan archidiecezji lwowskiej, biskup Józef Sebastian Pelczar, ordynariusz przemyski. W 1911 roku ukazuje się książka o wyjątkowych dziejach polsko–węgierskiej przyjaźni, z której dochód trafia na konto budowniczych. Ksiądz Danek mobilizuje miejscowych rodaków, myśli o sposobach zdobycia wymiernej finansowo sympatii bogatszej Polonii z innych krajów, puka do drzwi władz węgierskich. Za księdzem Maciejem Józefowiczem przytoczę fragment listu, jaki w 1912 roku przyszły proboszcz polskiego Kościoła z Kőbányi napisał do radnycch Budapesztu: „Dzieło to umacniać i pielęgnować będzie przyjaźń, jaka miała miejsce od dawna między narodem polskim i węgierskim, która przelewa się przez wszystkie nici historii węgierskiej. Przyjaźń ta kierowała naszych bohaterów w czasach decydujących zmagań. Z drugiej strony na wieki głosić będzie hojność i cierpliwość (Węgrów) wobec innych narodów". W następnym roku – 1913 – stołeczni rajcowie za symobliczną 1 koronę rocznie przekazują Polakom parcelę na Kőbányi o powierzchni 860 sążni. To szczególna chwila, a specjalnym uroczystościom, związanym z aktem darowizny gruntu, przewodniczy biskup mniejszości narodowych na Węgrzech – István Hanauer, ordynariusz Vácu. Poświęcenia zaś ziemi pod przyszły Polski Kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych w 1915 roku dokonuje biskup Władysław Bandurski, który wizytował wówczas w Budapeszcie II Brygadę Legionów Polskich. Nieustannie trwa zbiórka pieniędzy. Ksiądz Danek sięga po pióro. W 1920 roku ukazuje się w Warszawie opracowanie książkowe „Organizacje katolickie na Węgrzech", a dochód ze sprzedaży trafia na konto budowy. Ponieważ Polacy z Kőbányi do bogatych nie należeli, więc ks. Danek dwukrotnie – w roku 1916 i 1923 – udaje się za Atlantyk. Głosi kazania w parafiach polskich i węgierskich emigrantów, a w efekcie przywozi z Ameryki kwotę około 10 tysięcy dolarów. Polonia węgierska zaś zbiera 150 tysięcy koron i dary rzeczowe. Wreszcie jesienią 1925 roku biskup István Breyer święci kamień węgielny i budowa rusza! Autorami projektu jest dwóch wybitnych architektów: Węgier – Aladár Árkay, mistrz węgierskiej secesji i Polak – Adolf Szyszko–Bohusz. Zgodnie postanowili w bryle kościoła i jego wnętrzu ukazać polsko-węgierską wspólnotę dziejową, wzorując się na architekturze, charakterystycznej dla regionu Spiszu. 14 listopada 1926 roku prawie gotowy obiekt sakralny poświęcił nuncjusz papieski bp Cesary Orseni, a konsekracji dokonał kardynał August Hlond, Prymas Polski. Uczynił to 17 sierpnia 1930 roku w dziesiątą rocznię Cudu nad Wisłą. Zanim jednak duchowy opiekun Polonii przyjechał do Budapesztu, zaraz po zakończeiu w 1927 roku budowy kościoła, już rok później rozpoczęto wznoszenie Domu Polskiego. Stowarzyszenie Budowy Kościoła zamieniło się w Stowarzyszenie Budowy Schroniska – Domu Polskiego. W ten sposób ksiądz Danek realizował pomysł uczynienia na Kőbányi centrum życia węgierskiej Polonii. I tak też się stało. Siostry Elżbietanki rozpoczęły pracę charytatywną, opiekę nad starcami, zaś poszostałą część Domu objęły w posiadanie stowarzyszenia emigracyjne. W Schronisku – Domu Polskim ciąle coś się działo. W świetlicy, gdzie była scena i fortepian obchodzono wszystkie polskie święta narodowe, organizowano koncerty i przedstawienia teatralne, słuchano referatów na interesujące Polaków tematy, a siostry uczyły dzieci języka polskiego i patriotyzmu. W Domu mieli swą siedzibę harcerze, zaś nad wszystkim niczym dobry Anioł czuwał ksiądz proboszcz Wincenty Danek. On i „jego" Kościół Polski zapisał też oddzielną, piękną kartę w życiu polskigo uchodźstwa w czasie drugiej wojny światowej. Wkrótce zaś po zakończeni działań wojennych ten iezwykły Opiekun i Kapłan Polonii po ciężkiej chorobie, w aurze świętości, zmarł 27 kwietnia 1945 roku. (Fragmenty artykułu Grzegorza Łubczyka – Wspólnota Polska nr 2/2004)
Ks. Wincenty Danek we wspomnianiach osób mu współczesnych
Ernest Niżałowski „Pamiętam pierwsze z nim spotkanie, kiedy z ojcem poszliśmy do niego. Mieszkał wówczas u jakiejś rodziny, gdzie wynajmował pokój. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, bowiem od pierwszej chwili zachowywał się jak drugi ojciec. Zarówno ja jak i inne dzieci polskie z radością chodziliśmy na odprawiane przez niego msze św. A po mszy miał z nami katechezę, ucząc nas o Bogu w języku polskim. To były niezapomniane chwile. Żył bardzo biednie, ale ostatnim kawałeczkiem chleba dzielił się z nami. Bo muszę tu dodać, że zdecydowana większość żyjących na Kőbányi Polaków to byli ludzie bardzo biedni, ale niezwykle uczciwi. Zresztą tego uczył nas ks. Danek. Widziałem niejednokrotnie, jak całym jego dziennym pożywieniem był suchy chleb, często mocno spleśniały, który popijał czarną kawą zbożową. Zupełnie nie dbał o siebie. Chodził w poprzecieranej sutannie, starych butach, oszczędzając nawet na paście do nich. Najważniejszym dla niego był „Bóg i budowa kościoła". To on wprowadził w naszym kościele zwyczaj moczenia hostii w winie przed podaniem jej wiernemu, do czego nawiązuje teraz obecny proboszcz ks. Leszek Kryża. Kiedy kościół polski był już gotowy ks. Danek sobie kolejny cel, który zresztą również zrealizował, a mianowicie wybudował dom – schronisko dla biednych, samotnych Polaków, do którego sprowadził siostry elżbietanki, by się nimi opiekowały. Dowiedziawszy się że ktoś zachorował, natychmiast udawał się do niego, niezależnie od pory dnia czy nocy, nigdy nie wymawiając się zmęczeniem czy jakimś innym zajęciem. A potem szedł do właściciela apteki, Żyda Rychtera, prosząc go o bezpłatne lekarstwa. Ten nigdy nie odmówił ks. Dankowi, darzył go bowiem wielkim szacunkiem, podobnie jak władze dzielnicy, wiedząc, że on prosi nie dla siebie, ale dla swych biedaków. Pamiętam scenę, kiedy w Gödöllő odbywał się Zlot Harcerzy, na który przyjechali również harcerze z Polski. Ks. Danek uklęknął przed ówczesnym ambasadorem polskim, prosząc go o pieniądze na bilety powrotne dla nich. Taki sam był dla nas, żyjących tu Polaków. Gdy trzeba było, chodził żebrać, aby pomóc swoim biedakom. Nic dziwnego, że wszyscy go bardzo kochali i szanowali i nigdy mu nie odmówili, gdy zwrócił się o pomoc. Jestem przekonany, że gdyby wystawienie mu pomnika zależało od ludzi, którzy mieli z nim osobisty kontakt, na pewno zrobiliby to bez wahania, oddając na ten cel ostatnie z trudem wystarczające na utrzymanie rodziny pieniądze. Dla nich był on doskonałym przykładem, jak należy żyć i postępować. Nic więc ziwnego, że pogrzeb jego był właściwie manifestacją polskości tu na Kőbányi. Został pochowany z pieniędzy, które na ten cel dał siostrom elżbietankom miejscowy Urząd Burmistrza. Umarł w szpitalu na nowotwór. Do ostatniej jednak chwili nie chciał przyjąć do wiadomości swojej choroby. Tak dużo jeszcze pragnął zrobić. Do domu cmentarnego, gdzie wystawiona była trumna z jego zwłokami, przybyły tłumy wiernych, wielu księży, również węgierskich. Modlitwy odbywały się po łacinie. A potem karawan z trumną zasłaną ogromną ilością kwiatów ruszył na polską kwaterą, którą to właśnie ksiądz Danek kupił od władz węgierskich za symboliczną kwotę 1 pengő."
Julia Koziorowski „Nie mam osobistych wspomnień z okresu budowy kościoła, bo byłam wtedy malutką dziewczynką, ale z opowiadań starszych wiem, że ks. Danek zbierał pieniądze na ten cel na wszystkie możliwe sposoby. Kwestował zarówno wśród mieszkających na Kőbányi Polaków, zatrudnionych tu przede wszystkim w cegielni, jak i zagranicą. Był w Ameryce i w innych krajach. Zarobki tutejszych Polaków i Węgrów były marne, ale każdy wysupłał zawsze parę fillerów na budowę kościoła. Z tych pieniędzy ksiądz nie byłby w stanie zbudować kościoła i schroniska. Dla realizacji swych idei pozyskiwał też arystokrację węgierską, ludzi zamożnych i rozmaite urzędy. Sam ksiądz Danek żył bardzo skromnie, oszczędzał dosłownie na wszystkim. Chodził na przykład w podniszczonych butach, by móc przeznaczyć pieniądze na budowę. Początkowo mieszkał w wynajętym mieszkaniu, gdzie nie miał nikogo na służbie i sam się obsługiwał. Kiedy zaczęło działać schronisko, to dla jego starszych mieszkańców obiady przynoszono ze stołówki szkolnej przy pl. Kápolna, które następnie podgrzewała początkowo pani Klára, żona gospodarza, potem zaś polskie siostry elżbietanki. Ksiądz żywił się razem z nimi. Bardzo za to dbał o nas, o małe dzieci polskie. Nauczał nas katechizmu, pomagał w formowaniu życia harcerskiego. Często chodził do poselstwa polskiego, by stamtąd uzyskać pomoc. Przed świętami zdobywał dla nas jakieś podarunki, na które zawsze niecierpliwie czekaliśmy. Były to buty, odzież, słowem rzeczy nam potrzebne, na które rodzicom nie zawsze starczało, ale były to też rzeczy pierwszej potrzeby jak cukier, mąka, smalec, mydło. W Boże Narodzenie, po mszy, szliśmy wszyscy do świetlicy schroniska. Tam ksiądz wcześniej ustawiał choinkę i przy niej rozdawał zgromadzone podczas kwesty świąteczne podarunki. Ksiądz Danek był kapłanem, który celebrował mój ślub z Zygmuntem Koziorowskim w święto Wiekiej Nocy 1943 roku. Był to pierwszy ślub w naszym polskim kościele, gdyż właśnie wtedy zezwolono na udzielanie w nim ślubów. Siostry elżbietanki pięknie ustroiły ołtarz, jedna z nich odśpiewała pieśń Ave Maryja. W ceremonii uczestniczył też ks. Misiuda. W tym też kościele sakrament chrztu otrzymała później moja średnia córka Krysia. Ciekawe, że na większości opublikowanych dotychczas zdjęć ksiądz Danek jest w okularach. Mam kilka zdjęć z lat trzydziestych i na większości z nich jest on bez okularów. W mojej pamięci zachował się taki właśnie wizerunek ks. Danka."
Gyöngyi Márkus „Mieszkał w pokoju na parterze, był bardzo skromny, biedny i małomówny. Godzinami spowiadał, uczył, żebrał po mieście dla swoich rodaków i na budowę kościoła, a potem Schroniska dla biednych. Cały czas zajęty był też sprawą organizacji duszpasterstwa. Obchodził różnych fabrykantów, jakieś hrabiny, urzędy. Garnek kartofli dotąd jadł, aż nie spleśniały. Na śniadanie pił kawę i jadł rogalika. Bardzo lubił moją mamę i przy śniadaniu dawał jej kawałek rogalika, ale musiała przyrzec, że będzie przez cały dzień bardzo dobra. Nie nauczył się do końca mówić dobrze po węgiersku. Chętnie nas spowiadał, ale kiedy wszystkiego nie rozumiał, kazał iść do węgierskiego księdza do poprawki. Nieraz były i śmieszne sytuacje, gdy na przykład moja mama nie mogła zrozumieć zadanej pokuty, ileż tych różańców miała odmówić. Kiedy wróciła do domu powiedziała, że nie wie, czy ugotuje dzisiaj obiad, bo ks. Danek zadał jej tyle różańców do odmówienia, że chyba do wieczora zejdzie. To był święty kapłan, uosobienie dobroci."
Tibor Berki – były ministrant. „Ks. Danek oddany był bez reszty swojemu powołaniu. Mało mówił, ale godzinami spowiadał tych swoich biednych rodaków. Dwa lata przed śmiercią, cierpiąc na raka zażywał morfinę (lekarstw nie było). Chodził na wpół pochylony, zaopatrywał na śmierć skazanych więźniów chodząc dobre parę kilometrów pieszo do więzienia. Aresztowany ze mną na gestapo mężnie wytrwał. Przypominam sobie, kiedy zwierzył się, co się rzadko zdarzało, że zanim wstąpił do seminarium był żonaty i miał dwoje dzieci, prawdopodobnie synków. Po ich śmierci poszedł do seminarium. Wcześniej studiował prawo na uniwersytecie. Pokój jego wypełniony był mnóstwem papierów, książek, porozkładanych planów budowlanych, na ścianach wisiały różne obrazy, w tym św. Jadwigi Królowej, zegar, który jako jedyny ocalał, jest na plebanii."
László Zlamál „Skromny, w wypłowiałej sutannie przychodził nieraz, dopóki żyli moi rodzice dwa–trzy razy w tygodniu na kolację i bardzo dobrze się rozumiał z moim ojcem."
Lászlóné Kartál „Do ks. Danka zawsze mogliśmy pójść z jakimkolwiek pytaniem. W kościele, na chór prowadzą kręte schody. Bardzo nam się podobało wchodzić schodami i schodzić. Pozwalał nam na to chodzenie, ale trzeba było zdjąć buty, aby tylko nie hałasować. W niedzielę śpiewaliśmy na górze niezależnie od tego, jakie mieliśmy głosy. Drogi nam ks. Danek bardzo dużo chodził żebrać, abyśmy na Boże Narodzenie dostali paczki. W paczkach były buty, ubrania, skarpetki, swetry. Jeszcze dzisiaj pamiętam, z jakim biciem serca staliśmy w szeregu i czekaliśmy na naszą kolej. Kiedyś zrobił nam hecę i pozbierał u wejścia na chór nasze buty. Biegliśmy do niego na plebanię w strachu, bo wtedy buty były bardzo drogie."
Augusta Barbála „Z racji uczęszczania na msze poranne jako dziesięcioletnia dziewczynka, która chodziła do pobliskiej szkoły dla dziewcząt, poznałam tego polskiego duchownego, ks. Danka. Miałyśmy wtedy po dziesięć lat, a on, kto wie ile? Dla nas to był już stary człowiek. Wysoka, pochylona postać doświadczona latami, jakby mówiąca o ciężarach, które musi dźwigać. Szanowałyśmy go, bo każdy wiedział, że dla węgierskich Polaków wybudował kościół, nawet do Ameryki w tym celu pojechał. Uważałyśmy go za bardzo poważnego i surowego starca, ale jak go pozdrowiłyśmy, to natychmiast promieniowała z niego dobroć i pokój. Pewnie byłyśmy też żądne nieco sensacji, ponieważ emocjonowałyśmy się jego dziwną węgierszczyzną. Pamiętam, że niektóre dziewczynki nie poszły do powiedzi do swojego katechety i poszły do ks. Danka z tą myślą, że i tak nic nie zrozumie. Niestety zawiodły się, bo chociaż pozwalał im na komunię świętą, ale z tym zastrzeżeniem, że powtórzą spowiedź przed węgierskim księdzem. Potem opowiadały o tym te, z którymi to się zdarzyło, że nie opłacało się szukać takiego wykrętu. Po ukończeniu szkoły wracałyśmy jednak na ciche msze i adoracje Najświętszego Sakramentu. Kiedy wybudowany został Dom Polski, wtedy tam zbierałyśmy się i często z polskimi siostrami modliłyśmy się na różańcu po polsku. To co zapamiętałam sobie bardzo dobrze, to to, że ks. Danek przyklękał przed ołtarzem, i to z takim stukiem, że słychać było uderzenie kolanem aż pod chórem. Ja zawsze ciągnęłam w stronę takich księży, którzy umieli i chcieli przyklęknąć przed Panem. To było takie wzruszające, jak ks. Danek skromnie żył i ubierał się. Naprawdę żył wzorowo. Moi polscy znajomi i mieszkający w okolicy kochali go. Był taki kruchy, starszy i schorowany, a tak wiele w życiu uczynił dla swojego ludu. Niech Błogosławieństwo Boże będzie na rozpoczętej przez niego pracy, on z pewnością z nieba pomaga swoim Polakom." (Fragmenty z Zeszytu Historycznego PSK. im. J.Bema pt. Ksiądz Wincenty Danek)
Ksiądz !
Przyszli tu biedni,
Z myślą o tym,
Ażeby chleba
Dać dzieciom swym !
Z dala od domostw
I stron uroczych.
I tych o których,
Każdy z nich śnił !
Było im ciężko,
Na obcej ziemi.
Pośród bratanków
O innej krwi !
Nawet skowronek
Miał inny głosik.
I łzy były wielkie,
Jak tęsknota ich !
Do Pana Boga,
Też było dalej.
Dalej niż kiedyś
Ze swojej wsi !
Bali się tego,
Że nawet modły,
Mogą nie trafić
Do Pana ich !
I wtedy biskup
Rzekł do Ciebie.
Wielebny księże
Danku Ty !
Ty… jesteś Piotrem
I dla tych owiec,
Zbudujesz kościół
Na wzgórzu tym !
I całe życie
Zeszło Ci na tym,
By prośba jego,
Stała się tym !
Że mogli przyjść
Do Pana swego
I modlić się w Domu,
Który …dałeś im !
Ryszard P.Staniszewski
Budapeszt, 1 maja 2005.
Jerzy Królikowski
zdjęcia: Krzysztof Ducki, Alfred Wtulich
<<powrót:: |